Andrzejowi Dudzie mocno się oberwało. Millerowi puściły nerwy po słowach prezydenta!

13 grudnia obchodziliśmy 40. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Z tej okazji prezydent naszego kraju, Andrzej Duda wziął udział w uroczystości upamiętnienia Grzegorza Przemyka, która miała miejsce w Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w stolicy naszego kraju, Warszawie. Głowa naszego państwa nie gryzła się w język podczas swojego wystąpienia. Podczas swojej wypowiedzi nazwał on gen. Wojciecha Jaruzelskiego „zwykłym tchórzem i zdrajcą Polski”. Te słowa nie spodobały się Leszkowi Millerowy, który w swoim nowym felietonie postanowił wbić szpilę prezydentowi.

I szczyt głupoty ma swojego zdobywcę, pomyślałem sobie, gdy słuchałem Andrzeja Dudę, który w 40 rocznicę stanu wojennego mówił o generale Jaruzelskim: „zwykły tchórz” i „zdrajca Polski”. Pan nikt, którego stan wojenny zastał w dziewiątej wiośnie życia mówił tak o zesłańcu na Sybir, Polaku więzionym za odmowę przyjęcia radzieckiego dowodu tożsamości, potem frontowym żołnierzu wyzwalającym Warszawę, walczącym na Wale Pomorskim, dowódcy zwiadu konnego, uczestniku szturmu na Berlin, późniejszym dowódcy Wojska Polskiego. Naprawdę czasami lepiej jest milczeć niż się odezwać i rozwiać wszelkie wątpliwości co do poziomu osiągniętej ewolucji. Nie mam jednak pewności, czy kapciowy prezesa Kaczyńskiego w ogóle zdaje sobie z tego sprawę. Ale obecny prezydent nie był jedynym spóźnionym bohaterem stanu wojennego. Nie można pominąć milczeniem także tego, co powiedział podpremier nadpremiera Kaczyńskiego, Mateusz Morawiecki. Ten król kłamców (co zostało stwierdzone sądownie i to dwukrotnie), a jednocześnie z własnego mianowania „ostatni Europejczyk” w swoim rządzie doszedł do wniosku, że Wojciechowi Jaruzelskiemu nie powinien przysługiwać „tytuł generała”. Po pierwsze generał to nie tytuł, to stopień, tylko skąd Morawiecki ma to wiedzieć? Po ile chodzą działki pod Wrocławiem, proszę bardzo – wyrecytuje w nocy o północy, ale o Wojsku Polskim wie tyle, co w broszurkach IPN-u” – czytamy.

Jego bohaterowie to ludzie z Brygady Świętokrzyskiej, kumple gestapowców, a nie żołnierz, który z tymi gestapowcami walczył. I jeszcze jednego giganta myśli dołączmy do tej dwójcy, by trójca była pełna. Arcybiskup Jędraszewski. Pamięć odmówiła mu nagle posłuszeństwa i zapomniał biedactwo o roli Kościoła w uspokajaniu nastrojów w pierwszych tygodniach stanu wojennego o znaczącej roli hierarchów przy konstruowaniu Okrągłego Stołu. Umywając ręce niczym Piłat wyparł z pamięci fakty, które kościół współtworzył, a co na końcu, na drodze pokojowego porozumienia opozycji z władzą doprowadziło do fundamentalnych zmian ustrojowych w Polsce i gruntownie zmieniło mapę polityczną Europy i świata. W miejsce faktów Jędraszewski mówił o mitach – o moralnej mocy, która daje kościołowi prawo by sprzeciwiać się złu, kłamstwu i przemocy. Mówił to ważny przedstawiciel instytucji, która zasłynęła rozwiązłością obyczajową, moralnymi nizinami, pazernością materialną, która okryła się hańbą pedofilii. Kościelne skandale nie schodzą z telewizyjnych ekranów. Jan Paweł II, który nota bene szanował gen. Jaruzelskiego, uważał go za patriotę i spotykał się z nim także wtedy, gdy był on już zwykłym emerytem, w grobie się przewraca, gdy patrzy z góry na to co zostało „na tej ziemi” z jego nauczania” – zakończył swój felieton polityk.

Czytaj dalej

Źródło: se.pl
Foto: youtube/Janusz Jaskółka, youtube/polsatnews.pl